Biegłam wzdłuż granicy. Wreszcie wymęczyłam mojego ojca o jakieś zadanie - miałam bowiem po dziurki w nosie siedzenia na tyłku i wpatrywania się w butelki i zioła, jak Rova. To najnudniejsze zajęcie, jakie spotkało mnie na ziemi.
Tarcza wszędzie była równa. Iskrzyła się delikatnie pośród słonecznych promieni.
Czerwone i brązowe liście delikatnie spadały z drzew, a delikatny wiatr owiewał mi pysk.
W końcu, zauważyłam rozerwanie w tarczy. Wyglądało to tak, jakby tiulowe prześcieradło było przecięte pazurami.
Szrama zaczynała się bardzo wysoko, więc to pewnie pozostałość po tej..ee... Sharper? Sherpas?
Z prędkością świetlną pognałam do siostry.
Zatrzymałam się w pół kroku. A może lepiej wezwać Chanzę?
Moje rozmyślania przerwał nagły błysk. Wypuściłam powietrze i odwróciłam się.
Tarcza znów była nieskazitelnie czysta i niemal niewidzialna. Czyli moja siostra cały czas mnie śledziła?
Warknęłam rozjuszona i pobiegłam dalej wzdłuż tarczy.
* * *
Zmęczona całodzienną pracą, która już zdąrzyła mi się znudzić, pobiegłam na małe polowanie.
Z daleka, wyczułam woń łosi albo jeleni... Tak. Na pewno jeleni.
Powoli skradałam się coraz bliżej stada, aż skoczyłam na starego jelenia. Był tłusty, ale stary, więc pewnie łatwy do zabicia.
Uczepiłam się zębami jego szyi... Poczułam, jak mój kieł delikatnie rozrywa tchawicę.
Poprawiłam chwyt i tętnica była przegryziona.
Spłoszone stado uciekło. Zza krzaków wyszła ta... Sharp cośtam.
- Spłoszyłaś mi obiad - syknęła z wyrzutem.
Tak ona wczoraj, olałam ją totalnie i zabrałam się do jedzenia.
Sharpnes?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz